Ciężka ta ostatnia sesja. Ciężko się do niej zabrać. Jeszcze ten nieszczęsny śnieg.
Blah.
Ciężka ta ostatnia sesja. Ciężko się do niej zabrać. Jeszcze ten nieszczęsny śnieg.
Blah.
Lucid
Photographer: Marta Zgierska & Maciek Rukasz
Model: Karolina Niemiec
Fajnie reblognąć własne zdjęcia. Ale o ile pamietam było w kolorze.
It’s kind of nice to reblog own photo. But as is racall it used to be in colour.
Już święta a ja szczerze nie wiem gdzie podział się cały ten czas. Nasze wszystkie dni zlały się w jeden i zostało z tego kilka uśmiechów i smutków. Nie palę całkiem już. Teraz przez te święta trzeba odpocząć, zebrać siły.
Zaraz nowe auto, za kilka chwil kolejne zmiany. Może wakacje krótkie. Ile ja bym dał żeby teraz siedzieć na tarasie Mimosy i łapać ten rytm. Tak tylko to przedwczoraj spadł śnieg i dotychczas przyjazna zima stała się zupełnie nieznośna. Studio zupełnie nam zamarza.
prawie dokończone studio w którym jest cholernie zimno (i knew it) + spotkanie ze Stasiukiem i z czytelnikami i Stasiukiem + najbardziej intensywne miesiące odkąd pamiętam + koszerne wino które dobija do ziemi + oddaj krew i sprawdź się + nieprzespane noce + królik w kwiecie wieku (czekaj czekaj zaraz będzie) + wymykam się spod kontroli + spokój.
Szanowny Panie,
Pański list jest dla mnie nierozwiązywalną zagadką. Pismo odręczne jest zgrabne i wskazuje na nienaganny charakter, a sama treść świadczy o inteligencji. A jednak zarówno list, jak i reklama są pańskiego autorstwa. To bardzo dziwne, bowiem osoba odpowiedzialna za wspomnianą reklamę jest bez wątpienia największym z żywych ignorantów na całej planecie. Jest również idiotą, idiotą do 33-eciej potęgi i potomkiem rodu idiotów, którego korzenie sięgają brakującego ogniwa. Fakt, że list i reklamę napisała jedna i ta sama osoba już na zawsze pozostanie dla mnie zagadką. A zagadki wprawiają mnie w zakłopotanie, drażnią, gryzą i złoszczą; i zawsze wzbudzają u mnie wstręt do osoby, która ośmieliła się zabić mi klina. Niebawem z pewnością złość mi przejdzie i o wszystkim zapomnę, a nawet się za Pana pomodlę. Ale skoro wciąż jeszcze się złoszczę, to życzę Panu, żeby padł Pan trupem od własnej trucizny i cierpiał wieczne męczarnie razem ze swoimi kolegami-szarlatanami, na co wszyscy sobie zasłużyliście.
Adieu, adieu, adieu!
Nie będzie regularnie, nie będzie literacko. Tak chcę przepisać i rozwinąć trochę myśli które pozbierałem po drodze.
Wyjeżdżamy tuż po 3, załadowani po dach, pełne racje żywieniowe na każdy dzień. Jest jeszcze ciemno i dosyć zimno. Szybko znikamy z Chodla i przez Kraśnik powoli jedziemy w kierunku Barwinka. Przez Słowację w zasadzie przelatujemy robiąc tylko jeden krótki przystanek na stacji (winietka + studentska) i jeden dłuższy w lekko dziwnym miejscu zwanym ‘Death valley’.

Dwa czołgi jeden na drugim widziane z drogi - nie mogliśmy się nie zatrzymać. Cały kraj przypomina mi Polskę w środku roztopów. Jest tak samo nudny, szary brudny. Droga średnia, wszędzie wokół nuda i brzydota. Do tego trochę idiotycznych widoków.

Potem bardzo szybko na Węgrzech i tam nuda trwa dalej. Zupełnie płaski kraj z dużą ilością słoneczników które interesują przez pierwsze 50km. Kolejne kilometry i zaraz dojeżdżamy do Budapesztu. Wcześniej przeprawa na stacji - kupujemy winietkę. Oczywiście nikt nie mówi po angielsku ani w żadnym innym języku który jakkolwiek rozumiemy. Pozostaje pokazywać palcem która winietka na ile nas interesuje. Węgierski pochodzi z tej samej grupy języków co Fiński ale zdecydowanie z gorszej jej części. Fiński był jakkolwiek przyjemny momentami (Kitos!) a tutaj czasem nie masz nawet pojęcia ze coś jest słowem. W Budapeszcie spędzamy jakies 2 godziny, korki i trochę błądzenia i udaje nam się wyjechać na autostradę M6 (M8).


Ciśniemy prosto do granicy z Chorwacją. Na jednym z postojów zauważamy coś nowego - całkowicie inne powietrze. Chorwat tłumaczy nam, że to ‘mora’ - wiatr od morza, specyficzny bo wieje nawet tutaj głęboko na kontynencie i jest bardzo ciepły. Nocujemy gdzieś na chorwackiej autostradzie. Długo próbuję zasnąć. Corsa nie jest stworzona do spania, zdecydowanie. Wszędzie coś uwiera. W nocy budzą przejeżdżające tiry, o 4 rano ruszamy dalej w drogę. Magda jeszcze przysypia zawinięta w koc. W ogóle nie czuję zmęczenia. Tym razem jazda wcale nie męczy. Spodziewałem się, że będzie gorzej. W zasadzie najgorszy odcinek to ten kawałek Polski który przejechaliśmy. Tak czy inaczej minął jeden dzień, a mamy za sobą 1132km.
Kilka z wakacji. Mostar, Trapanj i Lumbarda wszytko jeszcze nieułożone i w biegu. Niedługo będzie więcej.