Nie będzie regularnie, nie będzie literacko. Tak chcę przepisać i rozwinąć trochę myśli które pozbierałem po drodze.
Wyjeżdżamy tuż po 3, załadowani po dach, pełne racje żywieniowe na każdy dzień. Jest jeszcze ciemno i dosyć zimno. Szybko znikamy z Chodla i przez Kraśnik powoli jedziemy w kierunku Barwinka. Przez Słowację w zasadzie przelatujemy robiąc tylko jeden krótki przystanek na stacji (winietka + studentska) i jeden dłuższy w lekko dziwnym miejscu zwanym ‘Death valley’.

Dwa czołgi jeden na drugim widziane z drogi - nie mogliśmy się nie zatrzymać. Cały kraj przypomina mi Polskę w środku roztopów. Jest tak samo nudny, szary brudny. Droga średnia, wszędzie wokół nuda i brzydota. Do tego trochę idiotycznych widoków.

Potem bardzo szybko na Węgrzech i tam nuda trwa dalej. Zupełnie płaski kraj z dużą ilością słoneczników które interesują przez pierwsze 50km. Kolejne kilometry i zaraz dojeżdżamy do Budapesztu. Wcześniej przeprawa na stacji - kupujemy winietkę. Oczywiście nikt nie mówi po angielsku ani w żadnym innym języku który jakkolwiek rozumiemy. Pozostaje pokazywać palcem która winietka na ile nas interesuje. Węgierski pochodzi z tej samej grupy języków co Fiński ale zdecydowanie z gorszej jej części. Fiński był jakkolwiek przyjemny momentami (Kitos!) a tutaj czasem nie masz nawet pojęcia ze coś jest słowem. W Budapeszcie spędzamy jakies 2 godziny, korki i trochę błądzenia i udaje nam się wyjechać na autostradę M6 (M8).


Ciśniemy prosto do granicy z Chorwacją. Na jednym z postojów zauważamy coś nowego - całkowicie inne powietrze. Chorwat tłumaczy nam, że to ‘mora’ - wiatr od morza, specyficzny bo wieje nawet tutaj głęboko na kontynencie i jest bardzo ciepły. Nocujemy gdzieś na chorwackiej autostradzie. Długo próbuję zasnąć. Corsa nie jest stworzona do spania, zdecydowanie. Wszędzie coś uwiera. W nocy budzą przejeżdżające tiry, o 4 rano ruszamy dalej w drogę. Magda jeszcze przysypia zawinięta w koc. W ogóle nie czuję zmęczenia. Tym razem jazda wcale nie męczy. Spodziewałem się, że będzie gorzej. W zasadzie najgorszy odcinek to ten kawałek Polski który przejechaliśmy. Tak czy inaczej minął jeden dzień, a mamy za sobą 1132km.