Intensive.
piasek nad morzem. drżenie rąk. zbyt mocna kawa wypijana jednym haustem. dym i lekkość słów. szampan. loff. obrazy. zapach, jej. uczucie ciepła. imprezy na których nie ma prostych kobiet. ogień. cisza. podróż ciągła podróż. kochanie.

filmy. tell me your loves.
October 29, 2011
Droga.

Nie będzie regularnie, nie będzie literacko. Tak chcę przepisać i rozwinąć trochę myśli które pozbierałem po drodze.

Wyjeżdżamy tuż po 3, załadowani po dach, pełne racje żywieniowe na każdy dzień. Jest jeszcze ciemno i dosyć zimno. Szybko znikamy z Chodla i przez Kraśnik powoli jedziemy w kierunku Barwinka. Przez Słowację w zasadzie przelatujemy robiąc tylko jeden krótki przystanek na stacji (winietka + studentska) i jeden dłuższy w lekko dziwnym miejscu zwanym ‘Death valley’.

Dwa czołgi jeden na drugim widziane z drogi - nie mogliśmy się nie zatrzymać. Cały kraj przypomina mi Polskę w środku roztopów. Jest tak samo nudny, szary brudny. Droga średnia, wszędzie wokół nuda i brzydota. Do tego trochę idiotycznych widoków.

Potem bardzo szybko na Węgrzech i tam nuda trwa dalej. Zupełnie płaski kraj z dużą ilością słoneczników które interesują przez pierwsze 50km. Kolejne kilometry i zaraz dojeżdżamy do Budapesztu. Wcześniej przeprawa na stacji - kupujemy winietkę. Oczywiście nikt nie mówi po angielsku ani w żadnym innym języku który jakkolwiek rozumiemy. Pozostaje pokazywać palcem która winietka na ile nas interesuje. Węgierski pochodzi z tej samej grupy języków co Fiński ale zdecydowanie z gorszej jej części. Fiński był jakkolwiek przyjemny momentami (Kitos!) a tutaj czasem nie masz nawet pojęcia ze coś jest słowem. W Budapeszcie spędzamy jakies 2 godziny, korki i trochę błądzenia i udaje nam się wyjechać na autostradę M6 (M8).

Ciśniemy prosto do granicy z Chorwacją. Na jednym z postojów zauważamy coś nowego - całkowicie inne powietrze. Chorwat tłumaczy nam, że to ‘mora’ - wiatr od morza, specyficzny bo wieje nawet tutaj głęboko na kontynencie i jest bardzo ciepły. Nocujemy gdzieś na chorwackiej autostradzie. Długo próbuję zasnąć. Corsa nie jest stworzona do spania, zdecydowanie. Wszędzie coś uwiera. W nocy budzą przejeżdżające tiry, o 4 rano ruszamy dalej w drogę. Magda jeszcze przysypia zawinięta w koc. W ogóle nie czuję zmęczenia. Tym razem jazda wcale nie męczy. Spodziewałem się, że będzie gorzej. W zasadzie najgorszy odcinek to ten kawałek Polski który przejechaliśmy. Tak czy inaczej minął jeden dzień, a mamy za sobą 1132km.